Medium Staś

Józef Świtkowski, Lwów
„Staś” Jedno z Medjów Polskich.

Nazwiska Stasia nie wymieniam, gdyż nie mam na to jego upoważnienia, a zresztą wobec jego wycofania się niemal zupełnego z działalności metapsychicznej nazwisko może pozostać nieznanem, bez szkody dla charakterystyki tego medjum.

Dziś Staś jest cenioną siłą pedagogiczną w jednej ze szlkół powszechnych polskich; pracuje z zapałem w swej szkole, urządza „Jasełka” i przedstawienia amatorskie, kształci młodzież szkolną w śpiewie chóralnym i w robotach ręcznych, i czynny jest wybitnie na polu oświaty pozaszkolnej, prowadzi wzorowe gospodarstwo rolne i ogrodnicze, jednem słowem, przedstawia bardzo dzielną i wartościową jednostkę w społeczeństwie naszem.

Ma obecnie trzydzieści kilka lat wieku; ożenił się niedawno i zakopał się na wsi tem ściślej. Wysokiego wzrostu, brunet o żywych oczach, rumianej i zdrowej cerze, zawsze czynny i ruchliwy, a przedewszystkiem pogodny. Chwile złego humoru lub przygnębienia należą u niego do bardzo rzadkich wyjątków. Pognawszy go, nikt z pierwszego wejrzenia nie przypuszcza, że ma przed sobą medjum, jedno z najsilniejszych w Polsce. Co prawda, życie mu teraz płynie równo i spokojnie, we warunkach zdrowych nietylko fizycznie, ale i moralnie,

Nie zawrze jednak tak było. Kilika lat wstecz Staś wisiał już nad przepaścią zniszczenia fizycznego i moralnego, pchany w tę przepaść ręką bezwzględną swego „impressaria”, którego celem było utrzymywanie medjum w bagnie moralnem, bo w ten sposób mógł je zmuszać do seansów płatnych, z których część lwią dochodów sobie oczywiście zabierał.

Jeżeli kto niezbyt wierzy w istnienie Opatrzności, a mimo to zdoła rozumować logicznie, znajdzie we wypadkach życiowych Stasia przykład, jak niezbadane bywają czasami drogi tej Opatrzności. „Impressario” sam przyprowadził do mnie Stasia na to, aby  go utracić ze swych szponów. Przed opowiedzeniem tego zdarzenia cofnę się jednak o lata wstecz aby przedstawić wypadki, które Stasia oddały właśnie w ręce tego „impressaria” z rąk poprzednika o podobnym pokroju.

Z dzieciństwa swego Staś żadnych objawów medjalnych nie pamięta. Dopiero, gdy jako chłopak dorastający był uczniem seminarjum nauczycielskiego i mieszkał w internacie, spróbował raz z kilku kolegami urządzić seans spirytystyczny. Zasiedli wieczorem w jadalni przy lampie naftowej i pokładli ręce na stole. Wkrótce stół zaczął się poruszać, a po chwili rozległ się „gwizd djabelski”, lampa zgasła od jakiegoś wiru powietrznego w sali zamkniętej — a ławki i stoły podjęły harce hałaśliwe. Chłopcy przerażeni pouciekali do swych izdebek i od teigo czasu nie odważyli się już próbować seansów.

Niewiadome było wówczas jeszcze nikomu, że to Staś właśnie posiada zdolności medjalne. Poza tym jedynym seansem nie było zresztą żadnych objawów, któreby moigły świadczyć o jego medjalności. Po złożeniu egzaminu dojrzałości i odbyciu służby frontowej we wojsku austrjackiem, otrzymał Staś posadę w kopalni ropy w Borysławiu. Jako jedyne oznaki swych uzdolnień nadnormalnych z tego czasu podaje Staś tylko to, że ku własnemu zdziwieniu mógł w ciemności zupełnej chodzić po tunelach i szybach kopalnianych, orjentując się doskonale i wymijając przeszkody, a nawet niebezpieczeństwa.

Pewnego razu zaciekawiły go afisze, zapowiadające produkcje okultystyczne „jakiegoś A.C.”. Poszedł na ów wieczór w nadzieji, że uda mu się przyłapać wydrwigrosza na oszustwie. Stanął tuż przy estradzie, aby podpatrzyć, w jaki sposób C. „będzie robił duchy”; gdy jednak na sali zgaszono światło, a C. polecił obecnym wpatrywać się w twarz swoją, oświetloną czerwono, Staś niespodzianie stracił przytomność. Obudzony odgłosem hucznych oklasków, ujrzał się na estradzie, wąchającym klapę bluzki, w której tkwił imaginacyjny kwiatek. Okazało się, że usnął pęd wpływem wzroku. C. i w hypnozie wykonywał jego suggestje myślowe.

A. C. nazajutrz wyjechał do innych miejscowości na dalsze produkcje i całe to zdarzenie pozostało bez następstw na razie. Wkrótce jednak okazało się, że jest inaczej. Nie wiadomo, czy na owym wieczorze dał C. Stasiowi jeszcze jakiś, na jawie mu nieznany, nakaz pohypnotyczny, czy też i bez tego wpływ C. na wrażliwą duszę medjum był dostatecznie silny, dość że pewnego dnia Staś uczuł nagle nieprzepartą ochotę wyjazdu do Lwowa. Kupił zatem bilet kolejowy i odbył podróż, ale zaledwie wysiadł na dworcu lwowskim, stracił ochotę na zwiedzanie miasta, a natomiast kupił dalszy bilet do Krakowa i pojechał dalej bez zwłoki. W drodze, mimo że celem jego jazdy był Kraków, nagle postanowił wysiąść w Dębicy. Wyszedłszy z dworca ku miasteczku, ujrzał ze zdumieniem afisze, zapowiadające występ profesora C. ze sławnem medjum Stanisławem Z.”. Przeląkł się tego i zawrócił ku dworcowi kolejowemu, gdy natknął się na C., który mu krótko oświadczył, że właśnie czeka na niego i zabrał go na swój występ.

Tak brzmi w streszczeniu opowiadanie Stasia, w jaki sposób wpadł w sidła pierwszego wyzyskiwacza. Niebawem C. znalazł sobie medjum efektowniejsze do występów publicznych w osobie młodej kobiety, a opuszczonym przezeń Stasiem zają się pochopnie drugi wyzyskiwacz, X. Z., który właśnie utracił z rąk swe medjum dotychczasowe N., znane później w kołach metapsychicznych ze swych zdolności wydzielania teleplazmy bezkształtnej.

Jakkolwiek staram się być zwięzłym i opuszczać szczegóły, nie związane wprost z osobą Stasia, wydaje mi się godnym wzmianki wypadek, który wyrwał N. z rąk jej impressaria, gdyż i ten wypadek rzuca oświetlenie pewne na drogi, jakiemi kierują zdarzenia Moce Niewidzialne, rządzące losami ludzi.

Na jednym ze seansów, urządza j nych przez; X. Z., była obecna żona , pewnego przemysłowca, a widząc produkowane przez N. objawy jasnowidzenia, zażądała od niej, aby odkryła, gdzie znajduje się zgubiony przez nią kolczyk z butonem drogocennym. N, określiła w transie miejsce, gdzie ,,leży pod listkiem” ów kolczyk, a na dalsze żądanie, aby go podniosła, opadł nagle kolczyk na, kolana właścicielki. Ten senzacyjny aport był powodem, dla którego owa pani wzięła N. do siebie, opiekowała się nią jak córiką, a następnie wydała zą mąż za znanego przemysłowca. Motyw sam miał może pewne zabarwienie materjalistyczne, źdyż zdolność jasnowidzenia u N. uprawniała do nadzieji, że w transie będzie podawała rady w przedsięwzięciach przemysłowych, że przewidzi hossę czy baissę akcyj i t. p., następstwa jednak były dla dalszych losów N. korzystne.

Powróćmy teraz do Stasia. Objawy, jakie występowały na urządzanych z nim seansach, karmiły jego impressaria nadziejami coraz śmielszemi, a że podróże po miastach polskich z produkcjami medjalnemi wydawały się zyskiem zbyt marnym wobec jakiegoś wielkiego tournee po stolicach Europy, postanowił X. Z. zrobić swema medjum odpowiednią reklamę naukową w prasie, aby w ten sposób zwrócić na Stasia uwagę metapsychików zagranicznych. W tym czasie pisywałem jalko współpracownik jednego z dzienników lwowskich szereg artykułów popularnych z różnych dziedzin metapsychiki, a ponadto demaskowałem w tym dzienniku pseudonaukowe wykłady A. C. Nie wiem, czy z tego względu, czy z powodu małego zainteresowania się sprawami metapsychicznemi u ogółu dziennikarzy naszych, wybór impressaria Stasiowego padł na mnie. Odwiedzili mnie w domu obaj i zaprosili na kilka seansów prywatnych jako „znawcę medjumizmu”.

Objawy na seansach omówię w dalszej części tego szkicu monograficznego; tu wspomnę tylko, że wówczas napisałem o nich referat wyczerpujący, ale z umieszczeniem go w dziennikach było wiele trudności. Redaktorowie poprostu bali się ośmieszenia, gdyby wydrukowali rzeczy tak niesłychanie nieprawdopodobne, choćby wyłącznie na moją odpowiedzialność osobistą. Dopiero po zaproszeniu kilku dziennikarzy na seanse i stwierdzeniu przez nich na ocznem, że taikie rzeczy przecie są możebne, pojawił się wreszcie mój referat w jednym z dzienników poważnych.

Taki był początek mej znajomości ze Stasiem. Nie przypuszczał wówczas X. Z., że jego narzędzie  za jakie mnie uważał — obróci się przeciw niemu; że nietylko nie pomogę mu piórem do podróży lukratywnej po Europie, lecz nadto po walce zaciętej wydrę mu z rąk jego zyskowne źródło dochodów — Stasia.

Wrażenie, jakiego doznałem, ujrzawszy po raz pierwszy to „potężne medjum” wedle określenia Z,, było dalekie od tego, jakiego należało się spodziewać. Nic zaciekawiającego, nic niezwykłego, a natomiast silne uczucie litości i sympatji. Tafkiego wrażenia doznałby każdy, kto ujrzałby nagle jagnię obok wilka.

Niema w tem porównaniu przesady. Prawo sądowe i ustawy społeczne gwarantują wprawdzie każdemu obywatelowi wolność osobistą, ale ta wolność odnosi się niemal wyłącznie do ciała. Wszelka przemoc fizyczna jest karana, niema jednak ustaw ani środków prawnych na przemoc psychiczna rodzaju tak nieuchwytnego, jak suggestja i hypnoza. A Staś był dosłownie więźniem bezbronnym swego impressaria, Niedość, że mieszkał u niego, że był w zupełnej odeń zależności pieniężnej, lecz ponadto nie miał własnej woli ani inicjatywy. Każdy jego krok, każde życzenie, każda myśl niemal, były mu narzucone nakazem słownym lub tylko myślowym. O takich rzeczach czyta się w romansach senzacyjnych i uważa się je za wykwit bujnej wyobraźni autora. Nie przypuszcza się nawet, że to samo dziać się może w życiu realnern ze wszystkiemi swemi konsekwencjami.

Gdy odwiedziłem Stasia w jego mieszkaniu u X. Z., zastałem obu w łóżkach mimo pory już prawie południowej. Pokój był ciemny od dymu tytoniowego, po brudnej podłodze walały się kołnierzyki wśród niedopałków papierosów, skórek z kiełbasy i ogryzków z jabłek. Staś z papierosem w ustach leżał na sienniIku, przykryty łachmanem, będącym niegdyś kołdrą zapewne. Pan Z. królował na drugiem łóżku, nakryty kapą poplamioną i wymiętą. Humory były nieco minorowe, gdyż dopiero nad ranem wrócili do domu, a nocy nie spędzali oczywiście o suchem gardle,

W toku rozmowy dowiedziałem się szeregu szczegółów, które mi dały obraz przybliżony stosunku wzajemnego tych dwóch ludzi. Wedle określenia X. Z. życie płynęło im bardzo interesująco. Około południa szli na obiad do restauracji; potem w cukierni lub kawiarni zabijali czas do godz. 5ej, następnie odwiedzali kinoteatry lub znajomych interesujących się medjumizmem, a wieczorem odbywały się seanse, dobrze płatne przeważnie.

Dochody inkasował Z., wydzielając z nich Stasiowi cząstkę, jaką uznał za stosowną, ale sam płacił za niego restauracje, kawiarnie, teatry i kabarety. Wobec tego Staś był mu stale dłużny jakąś sumę nieokreśloną, ale tak poważną, że o spłaceniu jej nie mógł nigdy marzyć.

To życie próżniaczohulaszcze oddziaływało na Stasia niszcząco tak pod względem fizycznym jak i psychicznym. Seanse codzienne, czasem nawet po dwa i trzy na dzień, robione w towarzystwach bardzo mieszanych, wyczerpywały jego siły, a zabawy nocne, tytoń, alkohol i „artystki” kabaretowe nadszarpywały jego zdrowie do tego stopnia, że pojawiły się początlki gruźlicy. Pod względem moralnym był zupełnie wykolejony, pozbawiony woli, inicjatywy i krytycyzmu, nasiąkły zgniłą atmosferą kabaretów i kawiarń nocnych, wysilający całą swą inteligencję na zdobywanie jak największej sumy pieniędzy na dalsze hulanki. Posadę swą w Borysiławiu porzucił już dawno i wyłącznie ze seansów czerpał środki na utrzymanie. Pan Z, był wprawdzie urzędnikiem państwowym, ale zaniedbywał swe obowiązki biurowe do tego stopnia, że groziło mu zawieszenie w czynnościach. Wtedy właśnie wymyślił sobie 'wielką podróż po Europie za Seansami publicznymi, sprowadzać mającymi deszcz złota do ich kieszeni, i w dążeniach do tego celu zapoznał Stasia ze mną.

Gdy zorjentowałem się w sytuacji, za najważniejsze uznałem przedewszystkiem uniezależnienie Stasia pod względem materjalnym. Nie seanse miały być źródłem jego dochodów, lecz praca uczciwa i normalna. Nakłoniłem Stasia do starania się o 'posadę nauczyciela wiejskiego, a równocześnie przyrzekłem mu pomoc we wyswobodzeniu się ze zależności od jego eksploatatora. Dla osiągnięcia tego celu podjąłem się czegoś, co zawsze najczęściej zwalczałem: zamiast pana X.Z., ja urządzałem ze Staisiem seanse płatne, aby mu dać środki wykupienia się ze zależności od Z.

Ponieważ cały dochód szedł teraz do kieszeni Stasia, zebrała się  już po kilku seansach suma dostateczna do spłacenia wszelkich pretensyj X.Z., a w następstwie tego stosunki między nimi zerwały się ostatecznie.

Nie od razu jednak wszystko poszło gładko zupełnie. Przyzwyczajenie do zabaw nocnych i hulanek było u Stasia zbyt silne, aby zdołał opierać się wytrwale tym upodobaniom, a że ja ani tego pochwalać, ani wraz z nim brać udziału nie chciałem, próbował na własną rękę urządzać bez mej wiedzy seanse płatne dla siebie. Rychło jednak obmierzły mu z tego powodu, że wzorując się na Guzilku i pomagając sobie w chwilach, gdy go zdolności zawodziły, naraził się na przyłapanie na kilku, dość zresztą niezgrabnych oszustwach i na groźbę kary sądowej. Na dobitek prośbie jego o posadę nauczycielską odmówiono, właśnie z powodu zbyt wielkiego rozgłoseu, jaki towarzyszył jego seansom ostatnim.

Znalazł się tedy Staś w przytkrem położeniu, z którego jednak po czasie stosunkowo krótkim uratowały go znowu jego zdolności medjalne. Zainteresowała się nimi baronówna R,, dała mu posadę nauczycielską w dobrach swych na wsi, a w towarzystwie proboszcza i przyjezdnych, bawiących u niej w gościnie, urządzała od czasu do czasu seanse, oczywiście bezpłatne.

Z biegiem czasu emancypował się Staś coraz wyraźniej z pod wpływu swej protektorki; ograniczał seanse do rzadkich okazyj, a coraz ochotniej zajmował się pracą oświatową, rolniczą i społeczną. Wróciło zdrowie, humor i pogoda ducha; Staś roz miłował się w życiu wiejskiem i w cichej pracy rolniczopedagogicznej, a wreszcie założył własną rodzinę.

Są to wszystko szczegóły, nie związane na pozór z jego zdolnościami medjalnemi; jednak właśnie te zdolności ulegały wahaniom wdół i w górę zależnie od wypadków zewnętrznych, jalkie Staś w życiu przechodził.

Z doświadczeń własnych podać mogę tylko te objawy medjalne, które obserwowałem u Stasia od czasu, gdy miał się wyzwalać ze zależności od pana Z, a zatem objawy w okresie, obejmującym lat niemal dziesięć. Uporządkować je systemtycznie jest bardzo trudno w krótkiej monografii, gdyż niektóre powtarzały się w tym okresie stale, inne zaś pojawiały się i zanikały, ustępując miejsca nowym.

Do stałych, jakgdyby cechujących rodzaj medjalności Stasia, należały objawy telekinetyczne i aporty. Ponadto zdarzały się okresy dłuższe objawów o zakroju spirytystycznym; prócz nich światełka, materializacje mniej lub więcej wykształcone, od czasu do czasu także objawy lecznictwa medjalnego i jasnowidzenia. Przebieg seansu bywał zazwyczaj następujący: Staś siadał wśród gości przyćmiewano światło i po chwili pogrążał się w trans, już to sam przez się, już to pod wpływem głasków magnetycznych, wykonywanych przez kierownika seansu. Doszedłszy do takiego stadjum transu, w którem najwyraźniej wyczuwał promieniowania magnetyczne Wszystlkich obecnych, żądał utworzenia łańcucha rąk i wtedy dobierał te promieniowania odpowiednio, polecając obecnym zamianę miejsc, co nieraz trwało wcale długo. Często też wykluczał z łańcucha kogoś niezbyt harmonizującego promieniowaniem z innymi, lub włączał widzów z poza łańcucha, W tem dobieraniu ogniw łańcucha bywał zwykle dość kapryśny i despotyczny. Kierownicy poprzedni nie lubieli poddawać się tym wymaganiom Stasia i nieraz suggestjami zmuszali go do pozostawienia w łańcuchu wszystkich tych osób, któfe miały chęć należeć do ogniw łańcucha. Na seanasach, którymi sam kierowałem, uważałem za wskazane a zarazem korzystniejsze dla zdrowia Stasia i dla wyników seansu, uwzględniać wszystkie jego kaprysy pozorne.

Gdy wreszcie po wielu zamianach miejsc, wydalaniach i przyzywaniach osób, Staś utworzył sobie łańcuch z rąk w talkim porządu, jaki wyczuwał najdogodniej, milknął zwykle, żądając tylko dalszego przyćmienia światła, i zaczynał w typowy u wszystkich medjów sposób pracować nad wyłonieniem ze siebie tych energji, jakie są konieczne do objawów.

Wyrazem zewnętrznym tych wysiłków bywały westchnienia, jęki, drgawki, wywijania rękami, nacisk głową na ramię sąsiada i t. p., wobec czego kontrolerzy, siedzący po obu stronach medjum, miewali zazwyczaj trudne zadanie utrzymywania rąk jego w swoich, a stóp jego pod swojemi stopami. Wkrótce zaczynały się objawy wstępne we formie stukań w sprzęty i ściany, ruchów sitołu lub przedmiotów poza łańcuchem. Potem już medjum zachowywało się spoikojniej mimo następstwa szybkie go dalszych objawów; tylko przy lewitacjach zupełnych wzmagało wysiłki fizyczne z towarzyszeniem jęków, a nawet ryków.

Dalsze objawy bywały coraz bardziej różnorodne, przyczem medjum starało się usilnie o to, aby każdy z obecnych mógł się przekonać o ich prawdziwości. Wszelkie powątpiewania lub podejrzenia, choćby tylko myślowe, odczuwało medjum Jako obrazę osobistą i niemal bezzwłocznie dawało objaw, któryby niedowiarka mógł przekonać. Często dawało objawy, jakich tylko w myślach życzył sobie ktoś z obecnych, lub takie, które dawniej, poza transem, komuś przyrzekło. Przytem pamiętało stale o ścisłej kontroli i przypominało o niej sąsiadom, a przy objawach bardziej niezwykłych wprost żądało od kontrolerów:

– Powiedz, czy trzymasz moją rękę naprawdę? Czy przyciskasz mocno moją nogę? No, powiedz to im głośno.

Kontrola też bywała na wszystkich niemal seansach bardzo ścisła. Zaczynała się już przed seansem od zrewidowania wszystkich kieszeni i rękawów, nieraz nawet od rozebrania medjumi do naga i przetrząśnięcia każdej części jego odzieży. Pokój, w którym odbywał się seans, badano również starannie, zamykano drzwi na klucz, zasłaniano okna i usuwano sprzęty, mogące isłużyć za schowki. Oświetlenie, najczęściej elektryczne, dawało się łatwo zmieniać, a w razie czegokolwiek podejrzanego rozjaśniać momentalnie. Zwykle oświetlała seans lampa czerwona, umieszczona w kącie pokoju w ten Sposób, aby można było widzieć obecnych i przedmioty, a tylko głowę medjum chroniono od światła bezpośredniego. Czasami na usilną prośbę medjum gaszono także światło czerwone, ale na chwilę krótką tylko, gdy ciemność zupełna była niezbędna do przygotowania obiawu trudniejszego. Skoro objaw był już w pełni, medjum samo żądało zaświecenia lampy czerwonej.

Seanse trwały zwykle długo. Najkrótsze z nich obejmowały godzinę lub półtorej; częstsze jednak bywały dwu i trzygodzinne, niekiedy nawet jeszcze dłuższe Medjum pozostawało w transie przez całe trwanie seansu, wyjąwszy wypadki nieliczne, w których kazało się budzić, a po chwili w nowy trans zapadało. Tym żądaniom obudzenia, kierownicy seansów – jak wspomniałem już poprzednio, – niezawsze chcieli być powolni, a to z tego powodu, że żądanie obudzenia wyrażało medjum wtedy, gdy objawy zaczynały być bardziej burzliwe i wymykały się z pod władzy medjum. Byłem świadkiem kilku takichi wypadków i zawsze widziałem, jak dalece słuszne było życzenie medjum.

W normalnym toku seansu objawy rozwijały się po takiej linji, że odnosiło się wrażenie, iż czynnikiem działającym jest jedna luib co najwyżej dwie inteligencje. Czasami jednak mnożyły się te inteligencje; scena zapełniała się całym tłumem aktorów, z których każdy produkował objawy na własną rękę, nie troszczcą się o współgrających.

Wtedy zaczynał się chaos, zamieszanie, jakgdyby rozpętanie żywiołów. Poruszały się i hałasowały wszystkie naraz sprzęty w pokoju, słychać było stuki, dzwonienia, stąpania licznych par stóp, w butach, pantoflach i bosych; jiakieś ciemne postacie dotykały i napastowały obecnych, inne popisywały się siłą herkulesową, wyciągając przemocą krzesła z pod uczestników i medjum, przesuwając ciężkie szafy, kanapy lub fortepian; jeszcze inne, nawpół zmaterializowane, obszukiwały kieszenie medjum i gości, wzdychały i domagały się czegoś, nie mogąc swych życzeń wyrazić słowami.

Postacie te były niemiłe, budzące nietylko wstręt, ale nawet obawę, nieraz wprost żywiołową. Wtedy to medjium coraz natarczywiej domagało się obudzenia, a życzenie to popierała zwykle większość obecnych, czując, że poczynają rozpętywać się jakieś moce ciemne, których potem nikt opanować nie zdoła. Gdy kierownik seansu, żądny jeszcze większych emocyj, nie chciał budzić medjum twierdząc, że teraz właśnie powinny się zacząć objawy najciekawsze, wtedy medjum w ostatniej chwili ratowało się samo, zrywając się z krzesła z okrzykiem przeraźliwym i padając natychmiast na ziemię w zesztywnieniu zupełnem. Kierownik chcąc nie chcąc musiał je budzić, ale objawy tymczasem uciszały się i urywały.

Nie będąc na ogół zwolennikiem hypotezy spirytystycznej, uważam za godny zaznaczenia szczegół, że samo medjum, dopóki jeszcze tok objawów miało w swej mocy, uważało je za wywoływane przez siebie osobiś cię, gdy zaś poczynało tracić nad niemi władzę, odnosiło je do jakichś inteligencyj obcych, nie mianując ich jednak duchami ludzi zmarłych, obawę szczególną budził w medjum ,,ten czarny”, którem to mianem określano jakąś istotę nieokiełznaną i złośliwą, wywołującą objawy najburzliwsze. Nieraz z oznakami strachu panicznego żądało medjum: „Zbudź mnie prędko, bo już idzie ten czarny!”  a gdy budzić nie chciano, medium wpadało w katalepsję, przerywając w ten sposób możność dalszych objawów.

Druga istotą, którą medjum wymieniało prócz siebie, jako działającą, była „Zośka”, Inteligencja ta występowała u medjum jako jego opiekunka czy też pomocnica, w każdym razie jako istota przychylna i nie złośliwa. Nieraz, gdy Staś miał mniejszy zapas sił medjalnych, lub gdy pragnął wywołać objaw szczególnie trudny, używał półgłosem pomocy:  „Zośka, chodź, pomóż mi!”  Zapytywany w transie, kim jest ta Zośka, dawał odpowiedzi wymijające; raz nawet odrzekł mi:  „To ja sam jestem”.  Sprawdziłem później, że twierdził tak w okresie, gdy seansował w gronie osób, zwalczających wszelka możebność wyjaśniania faktów hypotezą spirytystyczną; nie wykluczony był tu zatem wpływ suggestii tych osób na Stasia.

Na jawie jednak bał się tej „Zośki” i za nic w świecie nie chciał jej zobaczyć. Opowiadał, że nieraz w nocy Zośka przeszkadza mu we śnie, trącając go lekkiemi przedmiotami, które trzyma w ręku, wyciągając mu poduszkę z pod głowy, lub pukając w okno. Zdarzało się i w mei obecności, gdy wieczorem siedziałem ze Stasiem, czytając przy lampie, że nagle odzywało się pukanie w szybę okna. Staś wówczas bladł, bał się spojrzeć w okno i zatykał uszy, mrucząic gniewnie, że to Zośka głupie żarty stroi.

Ciekawej pomocy udzieliła raz Zośka Stasiowi w mem mieszkaniu. Żona moia otrzymała od znajomej flakon perfum, jednak zatyczka szklana wessała się tak silnie w szyjkę flakonu, że bezskuteczne były wszelkie próby podgrzewania szyjki i natłuszczania celem otwarcia flakonu. Staś namozolił się również nad otwarciem, a woreszcie rzekł:  Może tu Zośka co pomoże.  Żona zaniosła flakon do trzeciego pokoju, wówczas ciemnego, wróciła do Stasia i usiadła obok przy stole pod lampą wiążącą. Staś ujął ręce żony, cisnąć je silnie do swego czoła, wytężając mięśnie palców, jakgdyby w nich coś skręcał i szepcąc: ,,Zośka, pomóż!” – wreszcie wstrząsnął się, Jakby budząc się z transu lekkiego i irzekł: – „Już pomogła”. Żona skierowała się ku drzwiom ciemnego pokoju, Staś podążył również, ale ode drzwi wrócił, mówiąc: „Może ona jeszcze tam Jest, ja się boję”.  Wówczas żona, chociaż zarażona obajwą, zebrała odwagę i poszła do owego pokoju nieoświetlonego, gdzie poprzednio umieściła perfumy na fortepianie. Stał na nim flakon otwarty, a obok leżała zatyczka nienaruszona. Gdy je wzięła w ręce, były bardzo gorące – szczegół charakterystyczny dla pewnych objawów medjalnych.

Znana jest w medjumiźmie wysoka nieraz temperatura przedmiotów aportowanych. Doświadczył te,godość dotkliwie pewien uczestnik seansu, żądając od Stasia, aby mu przyniósł klucz, leżący na biurku w jego mieszkaniu, dość odległem. – „Zaraz, tylko uważaj!” rzekło medjum i po kilkunastu, sekundach klucz spadł ze stropu na podłogę.

Właściciel schylił się zaraz, chcąc klucz podnieść, ale rzucił go napowrót z okrzykiem „Ależ to gorące”

Nieznany mi dotychczas w literaturze metapsychicznei objaw obserwowałem kilkakrotnie u Stasia, a to aporty stopniowe, tworzące się zwolna w oczach uczestników, a nie spadające skądś gotowe, jak to zwykle bywa.

Podczas seansu zapytałem Stasia, w jaki sposób przynosi przedmioty odległe, skoro drziwi i okna są zamknięte. „Przecież tu Jest taka dziura, że ja cały się w nią zmieszczę” odrzekł’, wskazując w kierunku powały. Innym razem znowu na pytanie mej żony, wyjaśnił: „Wiesz, to jest tak: ja ten przedmiot tam rozpuszczę na cząsteczki malutkie, a potem jedną z nich przeprowadzę przez mur lub przez drzwi zamknięte.

Skoro tylko jedna cząsteczka tu przejdzie, inne biegną za nią i składają się tu znowu w taki sam przedmiot.”  Po chwili dodał:  „Czekaj, ja ci to zaraz pokażę Daj tu rękę i trzymaj spokojnie”.

Ujął silnie rękę żony, zwracając dłoń na wierzch i rzekł: „Teraz nie ruszaj.”

Równocześnie pojawił się na dłoni żony punkcik świecący mglisto, który poruszał się żywo, rosnąc w rozmiarach. Do tej mglistej perełki wpadały stądś ciągle nowe iskierki blado świecące, a perełka ujwijała się po całej dłoni Jak żywa, sprawiając żonie ból tak piekący, że ledwie zdołała dłoń bez ruchu utrzymać. Wreszcie ta masa świetlista, zyskawszy znacznie na objętości i na ciężarze, zaczęła tracić ruchliwość jakgdyby tężeć, i wkońcu spoczęła na dłoni bez ruchu. Po zaświeceniu lampy jaśniejszej okazało się, że było to „ziarno fasoli, jeszcze gorące i miejkkie, jak świeżo ugotowane, lecz rychło ostygło i stwardniało. Na zapytanie, skąd przyniósł tę fasolę, wyjaśnił Staś, że zabrał ją ze spiżarni, odległej o kilka ubikacyj i że tam leszcze jest dużo tego”. Nie była to więic fasola niedawno gotowana, jak zaraz stwierdzono,

Na innym seansie Staś, darzący mnie stale sympatią szczególną, począł w chwili rozwijania się objawów odczuwać strach przed „tym czarnym” i żądał obudzenia, czemu jednak kierownik ówczesny odmówił. Chcąc Stasia uspokoić, zbliżyłem, się do niego i położyłem mu rękę swoją na ramieniu, mówiąc: „Nie bój się, jestem tu przy tobie.”  Na to Staś rzeczywiście zapomniał o strachu i rzekł: — „Czekaj, coś ci dam; trzymaj tam rękę spokojnie.”  W tejże chwili uczułem, że z wnętrza ramienią Stasia coś wyszło pod moją dłoń i umieściło się w małej przestrzeni między rękawem Stasia a przyciśniętą doń dłonią. To coś poruszało się żywo i biegało pod dłonią, Jak mały chrząszczyk lub gąsienica. Chciałem to ująć w palce i oglądnąć, ale wymknęło mi się spod dłoni i spadło na podłogę. Gdy miałem się schylić, aby to podjąć, Staś zatrzymał mnie słowami: „Zostaw, ja ci to sam podam”,  Zatrzymałem tedy rękę na ramieniu Stasia i w tej chwili uczułem, Jak to coś powtórnie wychodzi, z ramienia Stasia i wsuwa mi się pod rękę. Podczas tego Staś ani na mgnienie oka nie zmieni pozycji i nie schylał się wcale ku ziemi; przedmiot ten zatem przeszedł przez jego ciało pod dłoń moją. Ruszał się tam znowu żywo i kręcił, sprawiając wrażenie czegoś ciepłego i miękkiego; wkrótce Jednak zaczai wydłużać się i twardnieć, a gdy go zamknąłem w dłoni ściśniętej i poniosłem ku światłu, okazało się, że był to drut szczerozłoty około 15 cm. długości, zwinięty spiralnie. Kilka takichże drutów mieściło się w probówce szklanej, zatkanej korkiem i włożonej w szufladę biurka w tymże pokoju, przodem przypartego ku ścianie. Nie idzie tu zresztą o to, skąd się wziął przedmiot aportowany, tylko o sposób, w jaki zwolna i stopniowo tworzył się pod mą dłonią. Sposób ten tworzenia się z cząsteczek pojedynczych odpowiadał i tu dość dobrze określeniu Stasia, danem przy sposobności powolnego aportowania ziarnka fasoli.

Zabarwienie dość zabawne miały aporty na innym seansie, dokonywały się bowiem w ustach uczestników. Był to jeden ze seansów niezwykle pogodnych co do charakteru objawów, niemal familijny, bo i uczestnicy znali się wszyscy dobrze i sympatyzowali ze sobą bez wyjątków. Kontrola była wówczas mniej ścisła wprawdzie, ale rodzaj objawów czynił ją naogół zbyteczną, gdyż żadnemi sztuczkami nie dałyby się naśladować.

Uczestnicy rozmawiali swobodnie, dość głośno nawet, gdy nagle Staś odezwał się, zresztą bez oznak niezadowolenia:  „Zamknąć usta i nie gadać!, Trzymać usta mocno zamknięte!”  Jakoż rozmowa ucichła odrazu, ale po chwili odezwały się głosy kilku osób, dziwnie stłumione:  „Coś mi weszło w usta; popatrzcie, co to jest”.  Mimo dość jasnego światła, jakie rzucała lampa czerwona na twarze uczestników, nie można było zrazu rozpoznać, co mieści się w ustach trzech pań i jednego pana. Ze zaciśniętych warg sterczało coś mglistego i jasnego, co wyglądało początkowo jak słupek pary białawej, potem jak zwitek waty, wreszcie jak długi kawałek węgla rozżarzonego, rosnącego ciągle w rozmiarach. „Nie mogę utrzymać; to ciężkie!” – wołali przez zamknięte wargi uczestnicy. – „Czekaj! trzymaj, nie puść!” – upominał Staś ze swej strony. Gdy wkońcu te przedmioty stężały w ustach i zyskały znacznie na wadze, pozwolił Staś wyjąć je z ust i oglądnąć. Wybuch śmiechu był wynikiem oględzin, okazało się bowiem, że były to cygara liściowe rozmiarów wprost olbrzymich. Było to tem zabawniejsze, że żadna z obdarowanych pań nie należała do palących i że nikt z obecnych nie palił cygar, ani też żadnego cygara, pomijając już rozmiary, w całym domu wówczas nie było.

Choćby zresztą przypuścić rzeicz mało prawdopodobną, że Staś, niekontrolowany przed seansem, miał przy sobie w kieszeni cztery olbrzymie cygara, to zawsze pozostaje nie do naśladowania fakt tworzenia się powolnego tych cygar z przejrzystych obłoczków pary, gęstniejącej stopniowo, i wydłużającej  się, ciemniejącej i zyskującej na ciężarze, tworzenia się ich w ustach czworga naraz Uczestników, odległych o kilka metrów od medjum.

Na pewnym seansie, odbywającym się bez mej obecności, żądano od Stasia, aby „poszedł” do mego mieszkania, odległego o 3 km., i zobaczył, co czynię ja i żona. Gdy Staś oświadczył, że śpimy, kazano mu nas zbudzić, lecz oparł się on temu, objaw delikatności, zachowanej i w transie. Wobec tej odmowy kazano mu coś przynieść z naszego mieszkania, na co się zgodził, żądając tylko aby nam to „zaraz na drugi dzień” zwrócono. Jakoż po kilku dniach odwiedził nas inż. P., kierownik owego seansu, i wręczył nam piórko pawie oraz stalaktyk z Postojny, które to przedmioty zabrał nam Staś podczas Seansu.

Jak skrupulatny bywał Staś wobec cudzej własności, świadczy o tem i fakt, że na żądanie wspomnianego właśnie kierownika seansu, aby mu przyniósł notę bankową (pieniądz papierowy) z jego biurka, stojącego o dwa piętra wyżej nad miejscem seansu, Staś oświadczył: „Nie, tego nie wezmę, bo to pieniądze”. Ta skrupulatność uchroniła może Stasia od zetknięcia się ze sądem karnym, bo jeden z jego wyzyskiwaczy zmuszał go w transie suggestjami do aportów pieniędzy z kas rządowych.

Następstwem takiej suggestji bywała odrazu katalepsja Stasia i konieczność budzenia go z transu, gdyż ów wyzyskiwacz na szczęście nie umiał poradzić sobie z katalepsja inaczej, mimo, że podawał się za „znawcę hypnotyzmu”.

Aporty były, jak już wspomniałem objawem bardzo częstym w działalności medjalnej Stasia, a cechą ich szczególną bywała zawsze niemal pewna delikatność czy też subtelność. Nie zdarzało się nigdy, aby przedmiot aportowany był niemiły, wstrętny, lub ciężki; nie uderzał nikogo z obecnych dotkliwie i nie sprawiał nikomu przykrości. Często nawet aporty bywały aktem pewnej rycerskości, zwłaszcza wobec kobiet lub osób lepiej znajomych.

W czasie jednego seansu aportem były śliwki, dojrzałe i świeże, spadające ze stropu wprost na kolana uczestników. Gdy je pozbierano i zjedzono, ozwał się dzwonek w przedpokoju. „To ona przyszła” – rzekło medjum, nie przerywając transu, chociaż nikt z obecnych jeszcze nie wiedział, kto stoi u drzwi wejściowych, Za chwilę weszła pewna pani, o której obecni mówili żartem tuż przedtem, że za karę spóźnienia się na seans nie dostanie już śliwek aportowanych. Gdy tylko usiadła w kole uczestników rzekł do niej Staś tajemniczo: „Ja tam dla ciebie schowałem; poszukaj za lustrem”, Rzeczywiście poza dużem lustrem, stojącem w rogu pokoju, znalazło się kilka śliwek ukrytych. Rzecz prosta, że Staś nie schował tam tych śliwek swem ciałem fizycznem, bo przez cały czas seansu nie ruszał się ze swego krzesła; świadczy to jednak o subtelności, z jaką medjum pamiętało o nieobecnej i może jasnowidzące wiedziało, że ona wkrótce nadejdzie.

Na innym seansie obsypał obecnych rzęsisty grad porzeczek świeżych i jeszcze rosą pokrytych, aportowanych z odległego o kilka wiorst ogrodu baronówny R.; żądaniu jednak, aby stamtąd przyniósł melony 'lub ananasy, Staś odmówił wiedząc, że ich tam jest niewiele, więc ubytek mógłby na przykrość narazić ogrodnika.

Najczęstszymi obok owoców przed miotami aportów były u Stasia kwiaty. Gdy żona moja przypomniała mu przy końcu seansu, że i jej obiecał „coś przynieść”, rzekł odrazu: „Ot, masz tu. kwiatki na stole”. Gdy zaś mimo światła dość jasnego ani żona ani nikt z obecnych nie mógł dojrzeć tych kwiatów na pustym zresztą stoliku, powtórzyi Staś, wskazując palcem:  „Przecież tu leżą fjołki; tu jest pięć, a tu dwa kwiatki. Bierz je, tylko nie popsuj; ostrożnie!” Dopiero wówiczas poczęły tworzyć się zarysy kwiatów, zrazu mało widoczne, później wyraz.niejsze, i wkrótce rzeczywiście leżało na stoliku siedem fjołków. Były zatem już poprzednio na stole, ale tylko dla Stasia widzialne, jako za słabo zmaterjalizo wane.

Zdarzały się czasem także aporty mniej lub więcej wątpliwe. Przed jednym ze seansów, który miałem prowadzić, odwiedził mnie Staś i razem wyszliśmy z domu na seans; przed wyjściem jednak przyrzekł mi Staś na moje życzenie, że i mnie również „coś przyniesie”. Przy końcu seansu, gdy już dawno zapomniałem o jego obietnicy, rzekł nagle:  „Jeszcze tobie coś dam, tylko teraz nie mogę pójść do was, bo tam się świeci i ludzie tam są. O, już dzieci poszły; czekaj jeszcze chwilę… lampa mi przeszkadza, ale to nic; już, już mam. Teraz uważaj”. Oświetlenie było na tym seansie bardzo skąpe, to też nie jestem pewny, czy nie uległem wówczas halucynacji wzrokowej.

Oto wydawało mi się, że widzę przed, sobą jakiś przedmiot dużych rozmiarów, w zarysach ogólnych kulisty, ale najeżony zewsząd długimi kolcami. Jeden z tych kolców zbliżyi się do mych rąk, a wtedy Staś rzekł:  „Weź to w palce i urwij, a potem schowaj;”  Uchwyciłem tedy w palce ów kolec, który w do tknięciu wydał mi się języczkiem z kartonu gładkiego i sztywnego, przekręciłem go i urwałem połowę, którą schowałem do kieszeni. Zapomniałem, odrazu o tym aporcie, zajęity budzeniem Stasia, a dopiero w domu, opowiadając żonie o przebiegu seansu, przypomniałem sobie, że mam coś w kieszeni. Sięgnąłem po ów tajemniczy aport i ujrzałem, że był to koniec liścia palmy z gatunku Dracaena, jakiej okaz stał w jadalni naszej pod oknem. Po oglądnięciu naBzej palmy znaleźliśmy jeden liść u niej w połowie urwany, do której stosowała się najdokładniej druga połowa, wyjęta z kieszeni.

Nie byi to, mojem zdaniem, aport, przekonywający, gdyż Staś mógł łatwo, wychodząc ze mną z domu, nieznacznie urwać liść palmy, stojącej w pobliżu drzwi, a potem wsunąć mi go w palce na seansie.  Przykładów aportów nie będę już mnożył, gdyż te, które przytoczyłem wystarcza na charakterystykę ich rodzaju; przejdę zatem do innych objawów medjalności Stasiowej.

Częste bywały, jak już wspomniałem, objawy telekinetyczne, jak ruchy stołu i innych przedmiotów; nie przedstawiały jednak nic na tyle charakterystycznego, żeby warto było je opisywać. Jeden tylko objaw tego rodzaju zasługuje na wzmiankę, gdyż rzuca śiwiatło na sposób dokonywania telekinezji przez Stasia.

Kierowałem wówczas seansem, na którym, kontrolerkami medjum były dwie kobiety. Na zarzut, że kontrola kobieca mniej może dawać rękojmji niż męska, zauważam, że kontrola była na tym seansie rzeczą bardzo podrzędną, należał bowiem do typu familijnych, wyżej wspomnianych, a kontrolę raczej dla formy, niż z potrzeby wykonywała żona moja i właścicielka mieszkania, w którem się seans odbywał.

W chwili rozwinięcia się objawów poza wstępne, żona moja zauważyła że zamiast jednej ma w swej dłoni dwie ręce Stasia. Zaciekawiona tem zaczęła bez zwolnienia ze swej kontroli jednej ręki badać drugą i spostrzegła, że ta druga ręka jest niedokształcona, podobna do rękawiczki gumowej wydętej powietrzem, bez paznokci i bez przedramienia, a nad to, że i ta dtruga ręka jest lewa równie jak pierwsza; wyrzekła więc ze zdziwieniem:  „Teraz mam dwie ręce Stasia i obie są lewe”. Na to kontrolerka ze strony przeciwnej zaprzdczyła żywo:  „Jakże pani może mieć dwie ręce Stasia, skoro ja trzymam jego dwie ręce ?”  Wobec tej sprzeczności obie panie jęły tem ściślej badać ręce trzymane i stwierdziły, że jednak każda z kontrolerek trzyma po dwie ręce Stasia W siwych dłoniach; a tymczasem fortepian stojący w rogu pokoju odległym o 23 metrów od Stasia, począł wydawać dźwięki pojedyncze, chociaż klawiatura była na klucz zamknięta.

Wskazywałoby to, że medjum urabia sobie ręce nadnormalne w każdej liczbie, stosownie do potrzeby chwiiowej; skoro bowiem kontrolerki trzymały każda po dwie ręce Stasia, a jeszcze jedna ręka uderzała we fortepian, to prócz dwu rąk normalnych miał Staś wtedy jeszcze trzy ręce nadliczbowe, jakkolwiek niedo kształcone i zapewne nietałkiem zmaterjalizowane.

Potwierdzenie tego w pewnym sto pniuznalazłem na innym seansie, gdzie miałem, sposobność obserwo wać objaw następujący : Staś się dział przy małym stoliku, pilnowany z obu stron przez kontrolerów, trzymających go za. ręce i przyciskają cych mu stopy swemi stopami. Gdy w stole rozległy się jakieś szmery i widz, siedzący naprzeciw Stasia, pofchyłił się wprzód, przykładając ucho do stołu, Staś również położył głowę na stole, przyciskając ją mocno do piersi tamtego uczestnika, i ostrze gajac go, aby się nie ruszał. Jako kierownik seansu, mający swobodę ruchów, stałem blisko i widziałem wyraźnie na stole głowę Stasiawą, przyciśniętą bezwładnie do głowy siedzącego naprzeciw, a równocześnie spostrzegłem, jak drugi Staś nieco wyższy wzrostem od normalnego, wstał od stolika, odsuwając krzesło z hałasem, i wyciągnął ramiona przed siebie.

Na zapytanie, czy kontrola nie przerwana zapewniono zgodnie, że kontrolerzy ani na mgnienie oka nie wypuścili, rąk Stasia ze swoich. Tymczasem te ręce, które ów drugi Staś wyciągał przed siebie, zaczęły się wydłużać: jak węże, wijąc się w różnych kierunkach, a ponadto spoczęły się mnożyć z dwu zrobiło się ich trzy potem cztery i pięć, a wszystkie wiły się tu i ówdzie, sięgając do uczestników najdalej siedzących, szarpiąc ich lekko za włosy lub dotykając po twarzach.

Określenie, że były to ręce, stosuję tylko z braku lepszego; były to bowiem raczej węże gumowe, kurczące się i wydłużające naprzemian, wyginające się w coraz innych kierunkach, jużto cieńsze, jużto znowu grubsze, zakończone nie dłońmi, lecz może jednym czy dwoma palcami słabo wykształconymi. Barwa ich była ciemna, przy świetle lampy czerwonej wydawała się i szaro zieloną; zarysy niezupełnie zdecydowane, raz niemal mgliste, to znowu tak wyraźne jak wałki gumowe, jednak wobec ich ruchów ciągłych i szybkich trudno było przyglądać się powierzchni dokładniej. W przeciwieństwie do zjawisk aportowych, przy których Staś zachowywał się zwykle bardzo spokojnie, a naiwet rozmawiaj swobodnie z obecnymi, objawy tele kinetyczne wymagały często u niego dość znacz nych wysiłków. Szczególnie w po czątkach seansów, gdy po objawach lekkich, jak pukania w sprzęty i ruch stołu, rozwinąć się miały objawy trudniejsze, Staś pracował na przód przez pewien czas mięśniami rąk i tułowia, wywijając ramionami i kręgosłupem, wzdychając przytem i jęcząc. Najoporniej szły mu te objawy, których żądano wbrew jego chęciom; wtedy wzdychania i jęki bywały tera cięższe, a nierzadko Staś wzywa jeszcze uczestników do pomocy żądając, aby kurczyli i wyprężali ręce z największem napięciem, lub aby oddychali rytmicznie.

Podczas jednego seansu, gdy żądano od Stasia lewitacji zupełnej stolika, wkrótce zaczął się stolik pochylać i poruszać, opierając się tylko jedną nóżką na ziemi, a wreszcie wznosić się zwolna w powietrze. Na żądanie, aby stolik wzniósł się aż do powały, Staś zaczął wyć poprostu. i to wyć tonem tem wyższym, im wyżej stolik lewitował; wreszcie stolik uderzył kilkakrotnie o powałę i opadł napowrót na podłogę. Przez cały czas lewitacji nie był dotykany przez nikogo, wszyscy bowiem uczestnicy siedzieli wokoło w odstępie dość znacznym, trzymając się za ręce.

Gdy na innym seansie ktoś z obecnych dotykał stołu w chwili jego ruchów, Staś odrazu ostrzegał: ,,Zostaw, nie dotykaj, bo to boli”. Nie bolało go natomiast przygniatanie, choćby najsilniejsze, stóp jego, obutych w cienkie pantofle, przez stopy kontrolerów; owszem sam wzywał ich aby silniej naciskali.

Największy ból sprawiało mu światło. Głowę stale chronił na seansach od oświetlenia bezpośredniego, nawet tak mało rażącego, jak światło lampy czerwonej; a gdy miał mniej sił medjałnych, żądał przyćmienia i tego światła, lub nawet ciemności zupełnej. Na zdjęcia fotograficzne przy świetle magnezowem zgadzał się zaWisze z niechęcią i to tylko wtedy, gdy czuł wielki zasób sił medjalnych.

Przy takich zdjęciach zawsze sam dyktował, kiedy proszek błyskowy ma być zapalony, a zaraz po wybuchu światła wydawał ryk cierpienia szalonego, skarżąc się potem jeszcze  długo, że „boli i piecze”. Okazywało się zawsze po wywołaniu zdjęć, że podyktowana przezeń chwila zapalania światła była dobrze wybrana, gdyż objaw był wtedy w pełni roz woju. Najczęściej bywały to zdjęcia •lewitacyj przedmiotów, rzadko zaś zdjęcia ektoplazmy lub zjaw, gdyż te nie dochodziły do wykształcenia zupełnego, Na wzmiankę zasługują próby te lekinezji poza transem. Raz w roz mowie ze Stasiem zauważyłem, że objawy telekinetyczne byłyby o wiele bardziej przekonywające, gdyby fidbywały się przy świetle jasnem, przyczem wielkość i ciężar przed miotu poruszanego nie girą oczywiście roli. Opisałem następnie Stasiowi objawy takie u Tomczykówny (nożyczki, pudełko zapałek) i u Palladino (łyżeczka), co go zachęciło do podjęcia prób odrazu. Podałem mu jako przedmiot lekki, pustą skorupkę jaja kurzego, którą dla zmniejszenia tarcia ustawiłem na płytce marmurowej.

Staś zbliżył palce obu rąk na 3 4 cm. do obu końców jajka, usiłując wprawić skorupkę w ruch bez do tknięcia. Gdy mu to nie szło, prosił mnie, abym mu magnetyzowaniem „wyciągnął palce eteryczne z fizycznych”. Jakoż pod mymi głaskami palce jego przybrały barwę fjoletową, a z końców ich poczęły wysterczać słupki pary białawej, tak przejrzyste, że ledwie je dojrzeć można było przy jasnem świetle dziennem. Słupki te (palce eteryczne) skierował Staś na przeciwległe końce jajka i zdołał niemi obrócić skorupkę około osi pionowej, a potem popy chać ją w różne strony, jakkolwiek na krótką przestrzeń i po bardzo wielkich wysiłkach. Lewitacji skorupki w powietrze nie uzyskał.

Podczas tych doświadczeń odwracał głowę na bok, aby usunąć przypuszczenie, że może działał tu prąd jego oddechu.

Owe „palce eteryczne”, o których właśnie wspomniałem, jeszcze do nie dawna były wyrazem wykreślonym z metapsychiki naukowej; dziś jednak uzyskały już w niej prawo obywatelstwa bez zastrzeżeń. Do ulubionych przez Stasia objawów w początkach seansów należały powiewy zimne, jakie wytwarzał właśnie ze swych palców eterycznych. Wtedy zwracał ręce ku twarzy osoby, której chciał ten objaw pokazać, układał przytem usta jak do dmuchania, ale miał je sziczelnie zamknięte i tylko było mu to widocznie potrzebne ideoplastycznie, bo rzeczywiście wtedy z palców jego dął powiew zimny bardzo wyraźny. Nie miało to oczywiście nic wspólnego ze znanym „Soffio Freddo”, jaki na początkach seansów odczuwają zazwyczaj na rękach uczestnicy, a który na seansach ze Stasiem występował dość słabo i rzadko.

O ektoplazmie we formie masy nawpół materjalnej nie mogę nic po wiedzieć, gdyż nie obserwowałem u Stasia objawów tego rodzaju; słyszałem tylko, że i takie zdarzały się u niego. Podobnież niewiele stron wybitnie intresujących posiadały zjawy zmaterjalizowane, które zaczęły występować u Stasia dopiero w okresie późniejszym, kiedy pod. wpływem bar. R. seanse nabrały zabarwienia spirytystycznego.

Zjawy te bywały na ogół mało zmaterjalizowane i niezupełnie ukształtowane; występowały tylko albo w ciemności zupełnej, albo przy oświetleniu czerwonem tak znacznie przyćmionem, że zaledwie dozwalało rozeznać zarysy przedmiotów. Zjawy te widzialne były Stasiowi o dobrą chwilę wcześniej nim zdołały zmaterjalizować się na tyle, aby zauważyć je mogli uczest nicy. Użyłem tu umyślnie wyrazu „zauważyć”, gdyż ujrzeć je wzrokiem było dość trudno; najczęściej dawały znać o sobie przez dotykanie o becnych, poruszanie przedmiotów, lub hałasy różnego rodzaju.

Jedna ze zjaw, prawie całkiem nie widoczna, zwróciła mą uwagę na siebie w ten sposób, że zbliżywszy się, położyła rękę na mem czole, a drugą ręką nakreśliła na niem znak krzyża jakimś przedmiotem małym, gładkim i świecącym niebieskawo.

Inna zjawa na tym seansie, rów nież prawie niewidzialna w ciemności, dawała znać o sobie głośnem stąpaniem i jakiemś niewyraźnem bełkotaniem, które widocznie dobywało się z gardła niezupełnie zmaterjalizowanego, wyrazów bowiem nie można było zrozumieć. Zjawa ta zresztą trzymała się w oddaleniu kilku kroków i poza łańcuchem ucezstników, podobnie jak inne; tylko ta, która mi nakreśliła znak krzyża, podeszła blisko.

Na tymże seansie widziałem po raz pierwszy zjawę całkiem czerwoną, barwy ciemno rdzawej lub mętnie szkarłatnej; rozeznać jej jednak nie mogłem, gdyż trzymała się również zdaleka od obecnych, a światło było wówczas bardzo przyćmione.

Wszystkie niemal zjawy były dla obecnych obojętne i czyniły wrażenie, jak gdyby miały bardzo mały stopień świadomości i tylko bezwiednie znalazły się na seansie. Wyjątkiem była tylko zjawa z krzyżem i druga jeszcze, która bawiła przy baronównie i wedle jej oświadczenia była zjawą jej ojca.

Jak wspomniałem, Staś spostrzegał zjawy znacznie wcześniej, nim uczestnicy mogli zauważyć ich obecność; najczęściej odnosił się do nich niechętnie, a nieraz głośno nakazywał im precz odejść. Nie bał się ich jednak, tylko wyrażał się o nich dość krytycznie; a „tego czarnego”, o którym wyżej była mowa, na seansach w okresie późniejszym nigdy nie było.

Zdolność odczuwania  jakkolwiek nie spostrzegania wzrokowego  zjaw wcześniej przed wystąpię niem ich na widownię w pewnym sta nie zmaterjalizowania, dzielili ze Stasiem niektórzy uczestnicy seansów; w stopniu dość wybitnym tę zdolność odczuwania obecności posiadamy oboje z żoną. Nie było to tylko samo odczuwanie obecności, lecz jakgdyby równoczesne wrażenie poziomu moralnego danej zjawy; wrażenie sympatji, a nawet poszanowania, częś ciej zaś wrażenie niechęci aż do odrazy i obawy, jak n.p. przed wystąpieniem „tego czarnego”, który już przed oznakami fizycznemi swej obecności budzi uczucie grozy i ściśnienia serca.

Uczucie to bywało tak przemożne, że najczęściej musiałem żonę wyprowadzać do pokoju przyległego, aby nie zemdlała, a nieraz i sam opuszczałem seans na chwilę, zwłaszcza że nie ja byłem jego kierownikiem. Obecność nasza natomiast zdawała się trzymać na wodzy owe ciemne moce, których przedstawicielem był „ten czarny”, po naszem wyjściu bowiem rozpoczynały się harce wprost niesamowite. Szczęściem trwały zwy kle bardzo krótko, rychło bowiem przeszywał powietrze ostry krzyk Stasia –  oznaka, że wpadł w katalepsje, a wtedy wracałem co żywiej, aby pomódz w budzeniu go z transu. Na seansach, które sam prowadziłem, zdarzyło się raz tylko, że „ten czarny” począł dawać znaki brutalne swej obecności wespół z innemi zjawami podobnego mu poziomu, rychło jednak musiał ustąpić i zniknąć.  Jakim sposobem? Oto tak dalece prostym, że niejednemu wyda się śmiesznym: znakiem krzyża i wezwaniem Boga na pomoc.

Inna zjawa, o bardzo ciasnym widocznie zakresie świadomości, przyczłapała w pantoflach do Stasia ciężkimi krokami i bezmyślnie obszukiwała mu kieszenie, jakby usiłując zabrać z nich pudełko zapałek. Staś opędzał się jej i nakazywał jej opryskliwie precz odejść, ale bez skutku; zaczem jął się jej bać i prosił mnie o obronę: „Weź go odemnielnapędź go, niech idzie”. Wtedy znowu koncentrację woli, znak krzyża i wezwanie w imię Boga do odejścia uwieńczył skutek odrazu.

Wspomnę tu jeszcze tylko o jednym rodzaju objawów, a to o światełkach. Zależność jakości objawów od poziomu etycznego medjum i uczestników jest rzeczą w metapsychice znaną, a dziś nawet już uznaną ogólnie; nigdzie jednak zależność ta nie występowała tak uderzająco, jak przy objawach światełek. Nie zjawiały się na seansach, gdy uczestnicy byli podejrzliwi, niesympatyczni, przekonań mater jalistycznych, lub po obfitej wieczerzy; nie zjawiały się podobnież, gdy Staś świeżo używał alkoholu, lub strawił noc poprzednią na hulance. Występowały natomiast tem piękniej i czyściej, im większa harmonja i ufność łączyła uczestników, im poważniej przystępowało medjum do seansów, im wyższy był nastrój ogólny.

Światełka miały postać drobnych ogników lub dużych iskier barwy czerwonej czy też fijołkowej; nie iskrzyły się jednak, lecz świeciły blaskiem spokojnym, nieco matowym, ale tak jasnym, że widać je było wyraźnie na wet we większej odległości. Najczęściej zjawiało się ich po kilka naraz, unoszących się swobodnie w przestrzeni, nieraz tuż pod powałą, to znowu w kątach odległych, lub nad głowami uczestników. Nie zauważyłem, żeby wychodziły z ciała medjum, lub w nie wstępowały przed zniknięciem; zwykle nawet pojawiały się w dość znacznej odległości od medjum. Ruchy ich były lekkie lecz spokojne, podobne do lotu owadów świętojańskich. Na życzenie obecnych choćby tylko myślowe zmieniały kierunek ruchu lub układały się w żądane figury geometryczne w przestrzeni. Czasem „siadały” chwilowo na głowach lub rękach uczestników, nie sprawiając jednak wrażenia ciepła ani ciężaru. Na jednym seansie iskierka niebieska biegała długo po stole ruchem kołowym, a potem w tym samym kierunku stół zaczął się obracać.

Staś oczywiście widywał również te światełka i cieszył się, gdy podobały się obecnym; nieraz sam zwracał, im uwagę na miejsce, gdzie pojawiły się światełka, jeszcze przez nikogo nie zauważone. Uczestnicy darzyli te objawy wielką sympatją, czując może podświadomie, że światełka są oznaką czegoś dobrego i jasnego; nie budziły w nikim obawy ani niechęci, owszem zachwyt i radość. Nieraz bez żądania Stasia gaszono wówczas światło, aby te światełka mogły wystąpić tem piękniej.

Innego rodzaju objawy, które zdarzały się tylko sporadycznie, pominę, .gdyż nie zaobserwowałem ich tak dokładnie, jak tego wymaga przytaczanie w referacie poważnym.

Poruszę natomiast objawy jasnowidzenia, już to samego dla siebie, jużto związanego z lecznictwem medjalnem. Objawy tego rodzaju nie były wprawdzie zbyt częste, ale dostatecznie wyraźne i dostępne badaniom. Każdemu badaczowi bezstronnemu wiadomo, jak dalece poziom tego, co medjum daje w jasnowidzeniu, zależny jest od jego poziomu moralnego na jawie, to też i u Stasia, jakkolwiek nieraz badacze samozwańczy usiłowali wymusić na nim jasnowidzenie suggestjami i transem hypnotycznym, zapędy ich kończyły się niepowodzeniem zupełnem. Nic zatem dziwnego, że tego pokroju badacze wprost przeczyli istnieniu zdolności jasnowidzenia u Stasia.

Uzdolnienie takie znalazłem u niego jednak w znacznym stopniu, a doszłoby zapewne jeszcze do większego rozwoju, gdyby nie musiało schodzić stale na plan dalszy wobec wybitnego zajęcia, jakie budziły objawy fizyko medjalne. Jak wiadomo, jasnowidzenie pojawia się w innem stadjum transu  a może wogóle w innym rodzaju transu,  niż objawy telekinetyczne lub materjalizacyjne, U Stasia jednak dzięki łatwości, z jaką przechodził od jednego stadjum transu do drugiego, objawy obu rodzajów przeplatały się nieraz wzajemnie.

Oto n.p. przy wspomnianym już aporcie śHwek Staś schował ich kilka za lustrem, bo wiedział jasnowidzące, że niebawem przyjdzie osoba, dla której je przeznaczał. Na innym seansie zdarzył się epizod następujący; Osoby, mające pewne, choćby nieznaczne, uzdolnienie medjalne» sadzał Staś zawsze w pobliżu się bie, aby przy objawach trudniejszych mógł od nich „pożyczać” sobie energij potrzebnych. Jedna z takich osób, człowiek młody, którego Staś na tym seansie wysysał ze sił dosyć rabunkowo, czuj się wkrótce tak wyczerpanym, że nie chcąc zemdleć na miejscu, resztkami sił przeszedł do pokoju sąsiedniego. Poszedłem za nim i głaskami magnetycznymi starałem się przywrócić go do przytomności. Gdy mu się nieco polepszyło,, sadziłem, że wróci na seans, on jednak stracił do tego ochotę i wolał udać się do domu. W tym celu musiaj przejść przez pokój, w którym odbywaj się seans; ująłem go tedy pod ramię, aby przeprowadzić przez ten pokój do drzwi wyjściowych.

Zaledwie znaleźliśmy się w obrębie seansu, Staś spostrzegł odrazu, że ciało eteryczne tego młodzieńca nie jest na miejscu właściwem i rzekł żywo:  „Daj go tu, ja go zaraz naprawię”.  Byłem bardzo ciekawy, jak go Staś będzie „naprawiał”; tamten jednak nie chciał poddać się naprawianiu i szybko pokój opuścił.

Zdarzało się nieraz przy końcu seansów, że do Stasia zgłaszali się uczestnicy z drobnemi dolegliwościami, jak ból zęba, ból głowy, postrzał, i t. p,, a Staś usuwał je dość łatwo. Nieraz także wzywał sam, chociaż mu nikt o dolegliwościach nie mówił:„Chodź tu: ja ci zaraz pomogę”.  Bez wypytywań i szukań kładł rękę na miejsce bolące, wzdychał ciężko, sapał i rzeczywiście ból mijał niemal zawsze. Gdy szło o ból głowy, obejmował ją obiema rejkami, sapał, wzdychał, a potem nagłym ruchem posuwał ręce wgórę ponad głowę, jakgdyby wyrzucał ból w powietrze, i to pomagało.

Czasem żądali uczestnicy seansów od niego już nie uleczenia, ale djagnozy. Wtedy kazał badanemu stanąć tuż przy sobie, nakazywał obecnym ciszę i zamyślał się na chwilę, a potem mówił, wodząc ręką iw powietrzu wzdłuż ciała: „Tu wszędzie jest jasno; ale tu (n.p. w piersi, przy żołądku) jest ciemno. Tu jest źle i to trzeba leczyć”. Na pytanie, jak leczyć, podawał najczęściej głaski magnetyczne, przepisując dokładnie, ile ich ma być na dzień, w jakich godzinach, i skąd dokąd mają być prowadzone. Czasem podawał także środek leczniczy, ale dość ogólnikawo (n. p. ,,żelazo”) i dopiero dalszemi pytaniami musiał chory wydobywać ze Stasia wskazówki, w jakiej formie i w jakich dawkach lek ma być stosowany.

Na przytoczenie zasługuje jedno uśpienie Stasia w dzień jasny w tym celu, aby wyłączyć objawy telekinetyczne lub inne, którym światło przeszkadza. W doświadczeniu tem brały udział tylko dwie osoby prócz Stasia, a to magnetyzer K. i ja. Był to jasny dzień letni, pora przedpołudniowa; Staś usiadł na krześle pod oknem, a magnetyzer wykonywał nad nim głaski w powietrzu wzdłuż ciała. Minął kwadrans, potem pół godziny, a sen nie nadchodził, i już zamierzałem z roli obserwatora przejść do działania czynnego w usypianiu, gdy wreszcie trans nastąpił. Przebiegał w nim Staś szybko stadja kolejne i już po krótkiej chwili zaczai się skarżyć wpół przytomnie: „Boli! piecze! Zgaś” Doszedł widocz nie do stadjum, w którem zwykle na seansach wyłaniał ze siebie ciało eteryczne, bardzo wrażliwe na wpływ światła.

Aby go nie narażać na cierpienie niepotrzebne, pośpieszyłem zasłonić okno kotarą, a równocześnie pan K. dalszymi głaskami wprowadzał go w trans głębszy, w którymby już światło nie szkodziło; niespodzianie jednak nastąpiła katalepsja, (Według Diirville’a i De Rochas’a katalepsja przedziela każde dwa stadja kolejne transu). Staś spadł z krzesła, ułożyliśmy zatem ciało jego na podłodze pod oknem, a tylko głowę jego wsparliśmy na poduszce. Po chwili katalepsja minęła, mięśnie się rozluźniły ze stężenia, ale Staś nie mówił nic; przełykał tylko z wysiłkiem ślinę, jak gdyby się dławił, a równocześnie lewą ręką wykonywał ruchy takie, jak gdyby pisał po podłodze.

Wiedziałem z praktyki dawniejszej z innemi medjami, że w pewnem stadjum transu pojawia się skurcz wiązadeł głosowych i myślałem o przeprowadzeniu Stasia do innego stadjum głaskami dalszymi; przedewszystkiem jednak należało zbadać, do czego zmierzały jego ruchy piszące. Wetknąłem mu tedy w rękę ołówek i podłożyłem papier na podłodze. Wkrótce napisał dość wyraźnie szereg liter, ale nieczytelnych, gdyż biegły odwrotnie, z prawej strony ku lewej. Po chwili pojęliśmy, że było to całkiem naturalne, skoro pisał ręką lewą, nie prawą. Zbliżyliśmy tedy pismo do lustra i odczytaliśmy dwa wyrazy: „ Za głęboko.”

Uśpienie było zatem za głębokie, i należało cofnąć Stasia odpowiednimi głaskami do stadjum nieco płytszego. Nastąpiło to wkrótce bez trudności i Staś zaczął mówić, nie wzywany przez nikogo z nas obu, ani nawet myślami nie zwracany na temat, który zajął jego uwagę. Oto rzekł, wodząc palcem w okolicy mego żołądka:  „Tu jest ciemno; tu (potrzeba rozjaśnić.” – Dalsze szczegóły tej spontanicznej djagnozy pomijam, jako osobiste wyłącznie.

Starałem się potem odwrócić jego uwagę na inne przedmioty i zapytałem go, jak wygląda „zwierzątko astralne”, które od lat kilku w domu naszym przebywa.  „Jest takie duże, jak kot, białe, z wielką głową, ale ma tylko dwie nogi. O, teraz skoczyło na niego (magnetyzera) i się l dzi mu na plecach. Ono jest nieszkodliwe, ani złe, ani dobre, tylko głupie. Żywi się tobą (tu wskazał na mnie), a za ikilka lat pójdzie sobie od was, gdy się nauczy.” Na pytanie czego ono ma się nauczyć, wyjaśnił Staś lapidarnie:  „No, wszystkiego! ono musi być mądrzejsze, bo teraz jest jeszcze głupie.”

Ten seans w biały dzień był w kilku kierunkach pouczający. Przedewszystkiem olkazał, do jakiego stopnia mechanicznie niejako przebiegały u Stasia stadja poszczególne transu, skoro bez względu na jasne światło dnia zaczął wysuwać ze siebie ciało eteryczne. Poprostu przywykł tak w długim szeregu seansów, że po uśpieniu należy zaczynać objawy telekinetyczne, więc i wtedy bezwiednie czynił to samo, narażając się na ból piekący, jaki jasne światło sprawiało jego cząstkom ciała eterycznego, wysuniętym z osłony ciała fizycznego.

W dalszem stadjum jął również hiechanicznie badać organizm pierwszej lepszej osoby, jaka była w pobliżu, w tym wypadku mojej osoby. W stadjum transu zbyt głębokiego, utrudniającego mu mówienie, umiał sobie poradzić, pisząc po podłodze, przyczem posługiwał się z równą łatwością ręką lewą jak prawą, czegoby oczywiście nie potrafił na ja*wie. Znane są u „medjów piszących” wypadki, że w transie piszą obie ręce naraz, każda innej treści komunikat, nieraz nawet w dwu różnych językach.

Ponadto ów eksperyment z uśpieniem w dzień potwierdza nie po raz pierwszy zresztą hypotezę katalepsji, przegradzającej w transie każde dwa stadja kolejne. Hypotezę tę postawił De Rochas, a chociaż Durville niezupełnie ją poparł, wydaje się przecież prawdopodobną uwaga pierwszego, że owe katalepsje mogą być zbyt krótkie, żeby jakim objawem zewnętrznym dały się zauważyć.

Na tem zakończę charakterystykę zdolności medjalnych Stasia, a podam jeszcze tylko niektóre cechy fizjologiczne jego transu. Większość medjów, jakkolwiek nie wszystkie, posiadają t. zw. „punkty nasenne” (points hypnogeniąues), co nawet dało sposobność „badaczom” przy zielonym stoliku do twierdzenia, że medja to są poprostu hysterycy, bo i ci miewają punkty nasenne. Nazwa pochodzi stąd, że punkty takie, mieszczące się zresztą na różnych miejscach ciała, są bardzo wrażliwe na drażnienie lub nacisk mechaniczny, powodując wówczas odrazu hypnozę. Odkrycie, gdzie mieszczą się te punkty, bywa zazwyczaj dość trudne, gdyż rzeczywiście są to niemal punkty nieraz, tak małą powierzchnię ciała zajmują. Podczas transu natomiast świecą nieraz w ciemności dość wyraźnie, a wtedy już łatwiej je odkryć, jeżeli znajdują się w miejscach ciała nieosłoniętych odzieżą.

U Stasia punkty nasenne były dość duże, miały bowiem formę sierpów (półksiężyców) 3 – 4 cm. długości. W transie świeciły często światłem zielonawem tak jasnem, że widać je było nawet przy lampie czerwonej. Dotknięcie takiego punktu ręką lub innym przedmiotem powodowało odrazu trans, a dotknięcie drugiego budziło Stasia z transu. Takie nagłe usypianie lub budzenie było jednak Stasiowi niemiłe, a zapewne także szkodliwe, zawsze bowiem prosił w transie:  Zbudź mnie powoli i delikatnie”.  Wobec jednostek mniej etycznych czyniło go posiadanie tych punktów wprost bezbronnym, gdyż pod dotknięciem podstępnem któregoś z nich mógł bardzo łatwo wpaść w trans wbrew woli i chęci, z czego zresztą jego wyzyskiwacze czynili użytek bez skrupułów.

Wprowadzenie Stasia w trans nie odbywało się na seansach poważnych nigdy przez nacisk na punkty nasenne, lecz zawrze niemal środkami łagodniejszymi, chociaż nieraz niewłaściwymi. Do niewłaściwych zaliczam  w czem mi bez wątpienia wszyscy badacze nieuprzedzeni przywtórzą  przedewszystkiem suggestję, potem hypnozę, wywołaną środkami zwykle stosowanymi w hypnotyzmie, jak zmęczenie oczu wpatrywaniem się w przedmiot błyszczący, zmęczenie słuchu dźwiękiem monotonnym długo powtarzanym, etc., a wreszcie usypianie narkotykami, od alkoholu w różnych postaciach aż do alkaloidów. Pod wpływem długiego przywyknięcia na seansach początkowych wydawało się Stasiowi najłatwiejszem uśniecie przez wpatrywanie się w oczy kierownika seansu lub innej osoby, umiejącej utrzymać oczy przez czas dłuższy nieruchomo; więc sposób ten stosowałem zrazu także sam na życzenie Stasia, chociaż doświadczenia moje z innemi medjami niezbyt zalecały tę metodę. Późnię wprowadziłem sposób  zdaniem mojem najracjonalniejszy wprawiania w trans głaskami magnetycznymi i spostrzegałem na każdym seansie, jak dalece trafny byi wybór.

Pod wpływem głasków Staś usypiał przedewszystkiem bardzo łatwo; następnie objawy rozwijały się bez oporu i trudności, dając seanse niezwykle interesujące, gdyż zasób sił medjalnych Stasia zwiększony był o poważną energję magnetyczną, a wreszcie budzenie było spokojne i łagodne, bez osłabienia, zawrotów głowy, lub nudności.

Rzecz prosta, że do wyników podobnie dodatnich potrzeba magnetyzera rzeczywistego, a nie wystarczą głaski mechaniczne, naśladowane przez pierwszą lepszą osobę, której się zdaje, że magnetyzowanie polega na machaniu rękami w kierunku przepisanym. Jeden z „impressariów” Stasiowych próbował za moim przykładem również usypiać go magnetycznie; ale Staś, jakkolwiek usnął wtedy, wolał nie narażać się nadal na ten magnetyzm i przenosił już wpatrywanie się w oczy tego pana, jako środek usypiający, nad wystawianie się na jego głaski pseudomagnetyczne.

Poza kilku wyjątkami usypiałem j Stasia tedy najczęściej głaskami, już to jako kierownik seansu, już to na usilne życzenie medjum, chociaż kto inny seansem kierował. Gdy warunki były mniej odpowiednie (n.p. wieczerza ze spirytualiami, w której także musiałem uczestniczyć, aby nie urazić gospodarzy), wtedy wolałem nie stosować magnetyzmu, a Staś wpadał w trans przez wpatrywanie się mi w oczy. Siadał wówczas na krześle naprzeciw mnie, światło przyćmiewano, osoby obecne zajmowały miejsca poza Stasiem, starając się nie przeszkadzać rozmową ani szmerami głośniejszymi i zapadała cisza. Staś patrzył z wytężeniem w moje oczy, po chwili zaczynał mrugać, powieki mu opadały coraz ciężej, rozwierał je jeszcze z trudem kilka razy, wreszcie zasypiał już na dobre.

Nieraz mimo jego chęci patrzenie w oczy nie wiodło do zaśnięcia; a wtedy stosowałem głaski. Najczęściej jednak zaczynałem od magnetyzowania odrazu, bez prób usypiania innymi sposobami. Wtedy wolałem czynić to bez świadków, aby nie wywoływać uśmiechów grzecznie ironicznych na usta wyznawców hypnotyzmu lub lekarzy, oraz aby nie rozpraszać promieniowań. Usypianie: szło wówczas bardzo łatwo i szybko; już po kilku głaskach powolnych Staś spał o tyle głęboko, że uczestnicy mogli wejść do pokoju i rozmawiać swobodnie bez obawy, że go obudzą. Głaskami dalszymi pogłębiałem sen aż do somnambulizmu; wzdrygał się wtedy – może w przeskoku przez króciutką katalepsję – i odzyskiwał zdolność mowy i ruchów. Wtedy kontrolerzy siadali obok niego, brali go za ręce i przyciskali mu stopy swemi nogami, a reszta uczestników zasiadała wokoło, łącząc się rękami w łańcuch nieprzerwany.

W tem stadjum żądał Staś zazwyczaj przyćmienia światła i zaczynał dobierać prądy, płynące doń przez ręce obecnych. Przesadzał sąsiadów z miejsca na miejsce, wykluczał z koła rąk jednych, a włączał w nie drugich, nieraz nadto upierał isię przy tem, aby ktoś nieharmonizujący opuścił pokój zupełnie; a chociaż nie na każdym seansie stosowano się do tych „kaprysów”, przekonano się niejednokrotnie, że wynik seansu bywał o wiele lepszy, gdy wszystkie te żądania spełniono Skoro już ustalone były ostatecznie miejsca 'uczestników, tworzących łańcuch, Staś podejmował pracę nad wytwarzaniem energij potrzebnych do objawów. Stękał, wzdychał, jęczał, żądał pomocy uczestników, wywijał ramionami i tułowiem, jeżeli skład grona obecnych nie był zgodny z jego żądaniami; a na odwrót zachowywał się bardzo spokojnie, nawet rozmawiał z humorem, gdy wszystkie osoby obecne harmonizowały ze sobą.

Jeżeli dyktowano mu objawy, które chciano ujrzeć, starał się jej dać koniecznie nawet przy warunkach nieko rzystnych i wysilał się dopóty, aż objaw przecie doszedł do rozwoju; czasem jednak mimo chęci najwyższej nie miał dosyć sił, a wtedy po długich jękach i mozołach mówił zrezygnowany:  „Nie, tego dziś nie mogę; żądajcie czego innego”. Czasem na ostatek wzywał jeszcze „Zośkę” do pomocy, ale zwykle kończyło się na tych wezwaniach tylko, poczem mówił zniechęcony: „Ona nie chce pomagać!” lub też:  „Niema jej tu; nie chce przyjść”. Skoro zaś seans szedł łatwo, wtedy objawy rozwijały się jedne po drugich bez żądań uczestników i bywały tem ciekawsze, im żywiej wyrażali widzowie swą radość z właśnie produkowanych Wtedy i „Zośka” chętnie pomagała, traktowana przez Stasia tak, jak bona przez dziecko rozpieszczone.

Rzecz charakterystyczna, że owa „Zośka”, o której już na początku wspominałem, usuwała się od współudziału odrazu, gdy zaczynały występować jakiekolwiek zjawy, lub gdy kierunek seansu przybierał wogóle zabarwienie spirytystyczne. Możnaby to tłómaczyć dwojako: albo „Zośka” sama była aktorem, występującym w roli zjawy coraz to innej, a nawet rozpadającym się na kilka zjaw równocześnych, albo też Zośka była istotą całkiem innego niż zjawy poziomu duchowe,go i dlatego nie chciała – lub nie mogła – wśród nich przebywać.

Druga połowa seansów udałych bywała z reguły o wiele bardziej urozmaicona niż pierwsza. Przy końcu odzyskiwał Staś swobodę ruchów, wstawał i siadał znów na krześle, a na wet chodził po różnych miejscach pokoju, w czem mu sumiennie towarzyszyli kontrolerowie, jeżeli byli i nadal podejrzliwi Na seansach harmonijnych, gdzie uczestnicy nie wysilali się na upatrywanie we wszystkiem oszustwa, bo zbyt dobrze poznali prawdziwość objawów, Staś nie wzywał już do ciągłej kontroli, lecz brał sam udział z obecnymi jako widz, lub obejmował rolę kierownika Zdarzało się, że u końca seansu wydalał z pokoju wszystkich, nawet kontrolerów i kierownika, a zostawał w nim sam z jedną lub dwiema osobami, którym chciał pokazać objaw szczególnie ciekawy, lub podjąć leczenie medjame. Tak n. p. na jednym seansie, który prowadziłem, wydalił wszystkich ze mną włącznie, a został z dwoma profesorami uniwersytetu, aby im pokazać aporty przedmiotów wprost na ich dłonie.

Skoro wyczuwał, że zasób sił wyczerpuje się już doszczętnie, kazał się budzić, ostrzegając zawsze: – „Zbudź mnie teraz, ale pomalutku i delikatnie” – Często także żądał, aby przy budzeniu nie było widza żadnego, lub pozwalał zostać tylko osobom wybranym. Życzenia te zawsze spełniałem i przystępowałem do budzenia głaskarmi magnetycznymi, stosując je w kierunkach właściwych powoli i stopniowo. Po kilku minutach odzyskiwiai zwykle przytomność, poczem zaraz żądał papierosa i wypytywał obecnych o szczegóły seansu, sam bowiem o przebiegu jego nic nie wie dział.

Odczuwał prawie zawsze po seansach ogromne pragnienie i wypijał szklankę, lub dwie wody Przygotowy wałem mu zwykle już przedtem wodę magnetyzowaną, a chociaż o tem nie wiedział i gdzie ją zostawiłem nie widział, szedł prosto do miejsca, gdzie stała, i wypijał ją chciwie. Po dobnie wielki miewał po seansach apetyt i pochłaniał nieprawdopodobne wprost ilości potraw i napojów.

Gdy seans był trudniejszy, nie tyle z powodu braku sił u Stasia, ile z powodu nieodpowiedniego doboru osób obecnych, wtedy i budzenie szło opornie, czasem nawet poprzez drgawki i zesztywnienia naprzemian, a po przyprowadzeniu do przytomności pozostawało omroczenie, osłabienie, ból głowy i nudności. Jeżeli zaś zdarzyło się, że Staś w środku seansu żądał obudzenia, Czy to widząc, że brak sił lub podejrzliwe myśli obecnych uniemożeimiają objawy, czy też bojąc się, że „ten czarny” pochwyci władzę nad objawami, wtedy budzenie szło wprawdzie szybko, ale potem dłuż szy czas trwały zawroty głowy, i osłabienie ogólne. Gdy to wreszcie minęło pod działaniem obfitej wieczerzy, zakrapianej alkoholem, siły medjalne niezupełnie wyładowane znajdowały czasem upust dopiero we śnie normalnym Odbywał się wtedy drugi seans w nocy: sprzęty wokoło łóżka Stasia wyprawiały harce, nierzadko dokuczały mu we śnie szarpania za włosy, ściągania na ziemię kołdry i poduszek, a chociaż po obudzeniu się rano nic z tego nie pamiętał, znajdował w poprzewracanych sprzętach oznaki wyraźne takiego seansu spontanicznego. Potwierdzały mu to także osoby, które spały w tym samym lub przyległym pokoju, przejęte nieraz strachem i bezradne wobec objawów.

Wspomniałem już wyżej kilkakrot nie o ścisłej zależności poziomu seansów od poziomu uczestników i od innych warunków; wspomniałem także że zależność ta dawała się na seansach ze Stasiem stwierdzać bardzo wyraźnie. Bywały tedy seanse „familijne”, bywały „naukowe”, bywały „dla rozrywki”, lub „na pokaz” ciekawym laikom.

Na familijnych kontrola bywała niemal żadna, ale objawy bardzo piękne, niezwykłe i przeważnie niemożebne do naśladowania żadnemi sztuczkami ani przyrządami. Naukowe odznaczały się przedewszystkiem kontrolą niesłychanie ścisłą i badaniem sumień nem każdego objawu, wlokły się jednak leniwie z długiemi przerwami między jednym objawem, a drugim i wyczerpywały zasób sił Stasia, mimo że objawy bywały nieskomplikowane, a nawet nieco banalne. Odpowiadało to oczywiście założeniu, że im prostszy jest objaw, tem dokładniej i wszechstronniej można go zbadać.

Seanse, urządzane dla rozrywki, miewały i poziom imprez rozrywkowych. Panowała na nich swoboda i humor; nie troszczył się nikt o kontrolowanie prawdziwości objawów, zwykle wtedy dość płaskich, chociaż nie brutalnych. Dla większości uczestników były istotnie tylko rozrywką, ale dla znawcy przedstawiały wartość jako studjum zależności charakteru objawów od poziomu, i nastroju osób obecnych Nie zauważyłem zresztą na takich seansach ani razu oszustwa, mimo, że warunki do niego były właśnie bardzo przychylne.

Inaczej natomiast bywało na seansach na pokaz ciekawym. Tu objawy musiały być „bijące w oczy” dosłownie, a zatem tak brutalne, aby zaspokajały żądzą isenzacji. Kontrola stawiała warunki najdziwaczniejsze, gdyż jako wykonywana przez: laików była. na pozór ścisła do przesady, ale pozostawiała dość luk na oszustwa świadome lub bezwiedne. W okresie, gdy prowadziłem seanse płatne, aby dać w rękę Stasiowi środki na wywikłania się ze zależności od pana X Z. kontrola ta zwracała się często także przeciw mnie z podejrzeniem, że je stem cichym pomocnikiem medjum. Stwarzało to nieraz taką sytuację, że kierownik seansu siedział w drugim pokoju za drzwiami zamkniętemi, nie wiedząc co się dzieje z medjum i jak się z niem obchodzą widzowie.

Dodać jednak należy, że wówczas często sam Staś żądał w transie, abym pokój opuścił, czując myśli podejrzliwe obecnycb, a przyzywał mnie zpowrotem dopiero w chwili niebezpieczeństwa, lub celem obudzenia.

Czy Staś oszuikiwał niekiedy? – Na takich seansach, jak właśnie wzmiankowane, miał do tego dość sposobności, a nawet pokusy, Z literatury metapsychicznej wiadomo, że nie było chyba ani jednego medjum, któregoby nie pomawiano o oszustwa, a u wielu znajdowano nawet dowody. Dość wrzawy wywołał swego czasu wspomniany już na początku seans, po którym groźbami kar sądowych za oszustwo usiłowano wymusić na Stasiui zaprzestanie raz na zawsze seansów; nie byłem jednak wówczas uczestnikiem, nie wiem zatem, czy istotnie wykryto tam jakie oszustwo, jakkolwiek niektóre dane wskazują, że ów seans był pułapką, ukartową na właśnie celem umożebnienia, a potem wyłapania osziustwa, aby medjum z wielkim hałasem „zdemaskować”. Mogę natomiast bez wahania stwierdzić, że na seansach, w których brałem udział, nie zauważyłem nigdy oszustwa, ani nawet usiłowań oszustwa ze strony medjum, chociaż nieraz warunki, jak ciemność, nieudolność kontroli, lub naiwne życzenia uczestników, wprost zachęcały do sztucznego pomagania sobie w produkowaniu objawów.

Tu wspomnę odrazu o żywem zamiłowaniu Stasia do sztuczek prestidigitatorskich, aby nie pomijać niczego, co może być poczytane za ujemne, skoro nie pomijałem dotychczas cech dodatnich. To zainteresowanie się Stasia sztuczkami kuglarskiemi było rzeczywiście niezwykle silne; na popisach sztukmistrzów tego rodzaju starał się zawsze baczną obserwacją podchwycić sposób, w jaki dany trick powstaje, a potem ćwiczył się z zapałem w wykonywaniu go własnoręcznie Miał jednak mało zdolności w tym kierunku i tylko sztuczki najprostsze mu się udawały; ale i temi cieszył się niezmiernie, jeżeli zdołał zaprodukować je biegle w gronie znajomych Próbował czasem także siły swego wzroku w eksperymentach intuictyjno hypnotycznych, miał bowiem, jak wszystkie medja, wzrok charakterystycznie przenikliwy, ale i tu powodzenie było niewielkie.

Powodzenie wielkie natomiast miały jego popisy telepatji, w czem był rzeczywiście uzdolniony niezwykle. Odnajdowanie przedmiotów schowanych i wykonywanie rozkazów my ślowych, szło mu nadzwyczaj łatwo, jeżeli tylko osoba „wysyłająca” nakaz umiała jako tako myśleć ze skupieniem. Nie potrzeba mu było na to zetknięcia się z ową osobą; stawiał ją o kilka kroków za swemi plecami i po bardzo krótkiej chwili wykonywał nakaz myślowy, najczęściej odrazu bez wahań i pomyłek. Czasami, gdy „nakazujący” nie umiał myśleć ze sku pieniem, gdy przeszkadzały sprzeczme myśli widzów, lub gdy Staś sam nie był usposobiony do tego nastro jem wewnętrznym, eksperymenty telepatyczne szły opornie lub mimo wysiłków kończyły się wynikiem ujemnym; wtedy bywał wprost przybity i zawstydzony niepowodzeniem.

Doświadczenia takie wykonywał bez transu, bez przygotowań wstępnych, czasem tylko dotykał na krótką chwilę Teki osoby „nakazującej”, aby wejść z nią „w kontakt”, jak mówił; gdy natomiast osoba ta „dobrze prowadziła”, trzymał się o kilka krków od niej, nakazując jej tylko iść zwolna za jego plecami. Podejmowałem z nim nieraz eksperymenty telepatyczne, w których sam nie rusza łem się z miejsca, a tylko nakazami myślowymi prowadziłem Stasia po całym pokoju w celu wykonania zadań, nieraz dość skomplikowanych. Aby myśli widzów nie pomagały bezwiednie ani nie przeszkadzały, nie mówiłem im przed doświadczeniem, jaka jest treść mego nakazu myślowego, tylko zapisywałem ją na ćwiartce papieru i wręczałem ją komuś z obecnych aby odczytał ją dopiero po ukończeniu doświadczenia.

Na tem zakończę szereg szczegółów, jakie z mnóstwa innych wybrałem na scharakteryzowanie Stasia, jednego z najbogaciej uposażonych w zdolności medjów polskich. Nie jest to charakterystyka wszechstronna ani wyczerpująca, już choćby z tego względu, że podaję ją tylko ja jeden, podczas gdy w seansach ze Stasiem brało udział wielu obserwatorów bystrych i doświadczonych, z których każdy mógł ze swei strony obrać szereg spostrzeżeń wartościowych. Być może zatem, że do mej skromnej pracy dołączą się w przyszłości szkice monograficzne innych autorów, a wówczas charakterystyka Staffa, jako medjum stanie się naprawdę wszechstronną i zupełną.

źródło: „Zagadnienia Metapsychiczne” czerwiec 1929

CZASOPISMO POŚWIĘCONE BADANIOM NADNORMALNYCH OBJAWÓW Z DUCHOWYCH i FIZYCZNYCH DZIEDZIN BYTU